
Film od pierwszej sceny przepełniony jest muzyką, która znakomicie podkreśla temperament głównego bohatera. Ciężko się tej muzyce oprzeć, więc na widowni co jakiś czas można było usłyszeć przytupnięcie, a kilka głów nawet kołysalo się w rytm gorącego flamenco.
Początkowo marzeniem José było zostać torreadorem, jednak rodzina przede wszystkim wspierała jego talent muzyczny. Camarón zaczyna występować po knajpkach San Fernando, pewnego dnia ma zaśpiewać dla lokalnego bossa, jednak nie daje się poniżyć. Jego duma jest wielka, co nie raz jeszcze ujawni się podczas filmu. W końcu nasz bohater postanawia wybrać się do Madrytu. Początkowo dorabia akompaniując klaskaniem tancerzom flamenco oraz rozpoczyna gorący romans. W końcu zaprzyjaźnia się z Paco de Lucía, który wraz z ojcem wciąga go na ścieżkę kariery. Camarón zaczyna koncertować, zaczyna się także jego przygoda z używkami. Po powrocie z trasy Camarón postanawia odpocząć w rodzinnych stronach, gdzie znajduje żonę i buduje własne studio nagraniowe, w którym rozpoczyna eksperymenty, jak np. użycie indyjskiego sitar w nagraniach. Po wstępnej stabilizacji czeka go jednak jeszcze parę trudnych przeżyć.
Film jest porywający i z "poczuciem humoru", na który widownia, która wypełniła po brzegi salę, żywo reagowała. Co więcej, została do końca trwania napisów, głównie dlatego, że magii śpiewającego Camaróna de la Isla ciężko się oprzeć.
Do ścieżki dźwiękowej filmu wykorzystano interpretacje takich wykonawców jak: Óscar Jaenada, Verónica Sánchez, Mercè Llorens, Alfonso Begara, Jacobo Dicenta.